AKTUALNOŚCI

Nie analizuję, za co odsiadują karę

Za murem nie ma miejsca na przypadkowe decyzje, a codzienna służba to znacznie więcej  niż tylko pilnowanie osadzonych. Rozmawiamy z ppor. Robertem Wroniszewskim, kierownikiem działu ochrony Aresztu Śledczego w Piotrkowie Trybunalskim.

Zaczynał pan od podstawowych zadań w jednostce. Jak wyglądała droga do stanowiska  kierownika?

Do służby przyszedłem 1 lutego 2008 roku. Zaczynałem jako strażnik, chodziłem po wieżach, bo wtedy jeszcze wieże funkcjonowały w naszej jednostce. Po dwóch latach zacząłem pełnić służbę na oddziale dla niebezpiecznych i tam spędziłem 8 lat. Po powrocie ze szkoły chorążych zostałem na administracji jako inspektor działu ochrony. To były lata 2018-2022. Później przez pewien czas pełniłem obowiązki kierownika, aż w marcu 2023 roku oficjalnie objąłem to stanowisko.

Kierownik działu ochrony brzmi jak menedżer w specyficznej korporacji. Na czym polega pana praca?

Przede wszystkim staram się pogodzić interesy i potrzeby funkcjonariuszy. W dziale mam 153 osoby, to najliczniejszy pion, bo w całej jednostce jest ponad 250 funkcjonariuszy. I to jest bardzo zróżnicowana grupa. Mam pod sobą zarówno funkcjonariuszy z krótkim stażem, jak i takich, którzy zbliżają się do emerytury, a każdy ma inne predyspozycje i inne miejsce, w którym się najlepiej sprawdzi. Moim zadaniem jest tak to dopasować, żeby korzyść dla jednostki była największa, a jednocześnie nie zrujnować im życia osobistego. Zawsze też powtarzam, że jeśli ktoś ma pytania czy potrzeby, drzwi mojego gabinetu i moich zastępców są otwarte. Powinniśmy zaczynać od rozmowy.

To jest bardzo różnorodna grupa. Jak wygląda to dopasowanie w praktyce i jakie stanowiska może objąć funkcjonariusz w dziale ochrony?

Nowy funkcjonariusz zaczyna zawsze od podstaw - spacerów, doprowadzeń osadzonych, zapoznawania się z życiem jednostki. Z czasem przyglądamy się mu, rozmawiamy, dopytujemy o predyspozycje, a dowódcy zmian, którzy go obserwują na co dzień, sami proponują, gdzie mógłby się sprawdzić i czy w systemie jednozmianowym albo wielozmianowym. Ci bardziej doświadczeni zostają dziennymi oddziałowymi, inni są wyznaczeni do konwojów. Z kolei bardziej zorganizowani i opanowani trafiają na newralgiczne stanowiska: bramę, biuro przepustek, paczkownię, bo to pierwszy kontakt z ludźmi i towarem wjeżdżającym na teren jednostki. W naszym areszcie śledczym, gdzie osadzeni to w stu procentach mężczyźni, właśnie tam – na bramie, biurze przepustek czy w paczkowni – coraz częściej pełnią służbę kobiety. Kiedyś te stanowiska zajmowali głównie funkcjonariusze z bardzo dużym stażem, dziś to się zmieniło.

Piotrkowska jednostka jest jedną z dwóch w Polsce, w których działa sterownia dająca podgląd na obraz z 347 kamer. Domyślam się, że i tam może pełnić służbę tylko ktoś z dużym doświadczeniem.

To chyba jedno z najważniejszych stanowisk u nas. Dyżuruje tam jeden z dwóch zastępców dowódcy zmiany, który co dwie godziny wymienia się z kolegą. Funkcjonariusz oprócz tego, że obserwuje obraz z kamer na terenie jednostki, otwiera i zamyka przejścia, sprawuje pieczę nad bezpieczeństwem zarówno osadzonych, jak i funkcjonariuszy. W sytuacjach niebezpiecznych kontaktuje się z dyrektorem, dowódcą zmiany, a czasem z policją. 

Czyli wychwytuje wszystkie zagrożenia?

Tak. Kontroluje wszystko - od wjeżdżających aut po spacery, eliminując ryzyko ucieczki. Niezależnie od tego mamy też stanowisko monitorowego, który przez całą dobę pilnuje cel z osadzonymi niebezpiecznymi lub szczególnie chronionymi.

Czego nauczyła pana ta służba?

Najważniejszą rzeczą, jakiej się nauczyłem, jest podmiotowe podejście do każdego osadzonego. Wiadomo, że każdy ma swój bagaż. Kiedy masz do czynienia z kimś, kto dopuścił się przestępstw na przykład na dzieciach, musisz to odciąć. Oczywiście, jako funkcjonariusze wchodzący w bezpośredni kontakt, mamy obowiązek zapoznać się z kartą osadzonego i wiedzieć, czego się po nim spodziewać. Ale w relacji liczy się to, jak on zachowuje się tu i teraz. Przepisy mówią jasno: to, co się należy, jest realizowane, a oceniamy go wyłącznie przez pryzmat jego zachowania w jednostce.

Jaka cecha przydaje się w tej pracy najbardziej?

Spokój i panowanie nad emocjami. Kiedy stajesz twarzą w twarz z dramatem, na przykład widzisz człowieka, który targnął się na swoje życie i wisi w celi, panika oznacza śmierć. Przepisów można się nauczyć, ale to doświadczenie, czyli to, ile takich sytuacji już przeżyliśmy,  decyduje o tym, jak się zachowamy. Niedawno mieliśmy taką sytuację, że po apelu, tuż przed 20:30, współosadzony zaalarmował oddziałowego, że osadzony powiesił się na drzwiach kącika sanitarnego. Oddziałowy natychmiast sprawdził sytuację przez wizjer, poinstruował współosadzonego, zawiadomił dowódcę zmiany, który błyskawicznie dotarł na miejsce. Otworzyli furtę i przez dwadzieścia minut na zmianę prowadzili reanimację trzydziestoletniego mężczyzny, aż do przyjazdu pogotowia ratunkowego. Dzięki trzeźwości umysłu dowódcy zmiany udało się przywrócić funkcje życiowe. Mężczyzna wyszedł ze szpitala i dziś ma się dobrze. Bez opanowania w naszej pracy nie da się uratować ludzkiego życia. 

Co powiedziałby pan komuś, kto zastanawia się nad wstąpieniem do Służby Więziennej?

Żeby dobrze przemyślał tę decyzję. To trudny odcinek — ciężko funkcjonować w miejscu zamkniętym, wielu funkcjonariuszy ma z tym problem na początku, część odchodzi, nie mogąc znieść spojrzeń osadzonych czy trzasku krat. Ale jeśli ktoś jest pewny swojego wyboru, my jako przełożeni i starsi stażem damy mu pełne wsparcie. 


Anna Krawczyńska