Z terapią jest jak z wejściem na wysoką górę. Czasami trzeba się wycofać i spróbować później – mówi kpt. Aleksandra Piotrowska, psycholog oddziału terapeutycznego dla alkoholików i przewodnik wysokogórski.

- Na czym polega praca psychologa w oddziale terapeutycznym dla alkoholików?

Od 4 lat pracuję jako psycholog w zakładzie karnym w Jastrzębiu – Zdroju na oddziale terapeutycznym dla skazanych uzależnionych od alkoholu. Wcześniej pracowałam ze skazanymi recydywistami, w sumie w służbie jestem od 14 lat. Oddział w Jastrzębiu funkcjonuje od 16 lat. W oddziale mamy 30 osadzonych. Są to przeważnie alkoholicy, choć niektórzy z nich mają tzw. podwójną diagnozę, czyli poza uzależnieniem od alkoholu również uzależnienie od narkotyków. Wtedy leczymy uzależnienia, z naciskiem na to dominujące. Wśród naszych pacjentów są też osoby o znacznie zaburzonych procesach poznawczych, obniżonej sprawności intelektualnej, a nawet nie potrafiący pisać i czytać. W początkowym etapie leczenia uzależnienia moja praca polega głównie na tym, aby zmotywować osadzonych do leczenia. Sama obecność skazanego na oddziale terapeutycznym wcale nie oznacza, że on chce się leczyć. Ten sam problem zresztą mają wszyscy terapeuci, także ci, którzy pracują na wolności. Często przywołuję takie porównanie, że można konie dorowadzić do wodopoju, ale nie można zmusić, by napiły się wody. Pracujemy głównie dialogiem motywującym, żeby pacjenci w ogóle chcieli być na oddziale, poprzyglądać się swoim problemom, a potem – dokonać zmiany. Praca nad tzw. silną wolą to nic innego, jak praca nad motywacją.

- Jak wygląda dzień na oddziale terapeutycznym?

Prowadzimy równolegle dwie grupy terapeutyczne po 15 osób. Leczenie trwa 3 miesiące. Grupy są otwarte, co ma ogromne znaczenie dla postępów terapii i oznacza, że nowy pacjent może dołączyć do grupy w każdym momencie jej trwania. Każdy dzień zaczynamy od wykładów i edukacji. To jest takie minimum, które każdy osadzony musi ukończyć. Służy temu, aby skazany wiedział , czym jest choroba alkoholowa i potrafił postawić autodiagnozę. Dla nas ważne jest, aby alkoholik sam zobaczył, na czym polega jego problem, bo choroba alkoholowa polega właśnie na tym, że człowiek nie widzi problemu i mu zaprzecza. Takie „chore” myślenie jest niezależne od statusu społecznego, ekonomicznego, dotyka każdego uzależnionego, także tego za kratami. Ważnym etapem naszej pracy są grupy zadaniowe i terapeutyczne , gdzie skazani pracują nad rozwiązaniem konkretnych problemów oraz terapia indywidualna. Mamy jeszcze tzw. społeczności. Są to spotkania wszystkich pacjentów z całym zespołem terapeutycznym i wychowawcą oddziału. Tu witamy nowych pacjentów, żegnamy tych, którzy kończą terapię. Osadzeni dzielą się swoimi osobistymi doświadczeniami z terapii, ale też omawiamy bieżące problemy grupy.

- Często słyszymy, że terapia w więzieniu nie ma sensu, bo skazani nie mają dostępu do alkoholu. Nie mogą się „sprawdzić”.

Alkoholizm to choroba przede wszystkim emocji, dlatego nie wystarczy, żeby alkoholik odstawił alkohol, nie miał fizycznie z nim kontaktu. Odstawienie alkoholu to abstynencja, a trzeźwienie to proces pracy nad sobą. Osoba uzależniona większość swoich problemów reguluje piciem alkoholu, nie potrafi radzić sobie na trzeźwo w sytuacjach stresowych. Bywa, że człowiek, który do tej pory dobrze funkcjonował, załamał się w obliczu jakiegoś kryzysu. Często jest to śmierć osoby bliskiej, strata pracy, rozwód. Wiąże się to z utratą własnej wartości. Dlatego ważne jest już od pierwszego spotkania terapeuty z osobą uzależnioną nawiązać dobry kontakt. Spotkać się z nim jak z człowiekiem, nie z mordercą, złodziejem, gwałcicielem. My pracujemy z ludźmi, którzy nie są fajni, którzy mają totalny bałagan i w życiu i w głowie. Pracowałam niedawno z osobą, która zabiła swoją partnerkę i to jest emocjonalnie trudne dawać zrozumienie terapeutyczne, pełną akceptację i poczucie bezpieczeństwa pacjentowi, który opowiada o tym, jak zabił swoją kobietę.

Alkoholizm to ciężka choroba, podstępna i śmiertelna, dziś to doskonale rozumiem. Często porównuję ją do tasiemca, który rozwija się w organizmie i zjada człowieka od środka. Tyle, że na alkoholizm nie ma lekarstwa, leczy się go terapią. Terapią, która jest bardzo ciężką pracą, gdzie człowiek konfrontuje się ze wszystkim, co stracił i szuka swojej drogi. Zastanawia się i planuje, co może zrobić ze swoim dalszym życiem. Jeden z pacjentów użył takiego porównania, że terapia to jak bycie na morzu podczas sztormu. To przewrócenie wszystkiego do góry nogami. Jak ucichnie sztorm i emocje opadną pojawia się trzeźwiejsze myślenie, pojawia się spokój i można zobaczyć świat takim , jakim on jest w rzeczywistości.

Tu jest też ogromna rola psychologów ogólnopenitencjarnych w podtrzymywaniu motywacji do życia w trzeźwości, już po zakończeniu terapii. Bo przecież terapia to długotrwały proces, nie zmienimy nawyków w 3 miesiące. A pierwszym egzaminem dla skazanego z efektywności terapii jest komisja penitencjarna i publiczne – przed dyrektorem, kierownictwem więzienia , przyznanie do tego, że jest się alkoholikiem. Dlatego, wracając do pytania, ukończenie terapii to dla alkoholika ogromny sukces i nie ma znaczenia, czy leczył się na wolności , czy więzieniu.

Czy prowadzenie terapii w więzieniu różni się od tej, prowadzonej na wolności?

Zauważam, że w więzieniu skazanym trudniej jest się otworzyć, całkowicie pozwolić sobie na szczerość. Osadzeni myślą; „ja im to powiem, a oni wykorzystają to przeciwko mnie”. Dlatego uczymy skazanych nowych dla nich zasad, nie więziennych, ale ludzkich. Gdzie szanujemy się nawzajem, komunikujemy się ze sobą inaczej niż do tej pory, rozmawiamy otwarcie i szczerze o uczuciach, inaczej rozwiązujemy konflikty. Pokazujemy skazanym, że łamaniem zasad szkodzą sami sobie. Na terapii wcale nie rzadko zdarzają się osoby niechętne, zbuntowane. Mają instrumentalną motywację, mówią, że skierował ich psycholog albo sąd. Niewielu znam alkoholików, którzy przyszli na leczenie z wewnętrzną motywacją. Ale dla mnie to jest wielki zasób, bo kiedy uda się ten bunt przepracować, taka osoba jest potem bardzo autentyczna. A alkoholizm jest przecież oszukiwaniem siebie i innych.

- Jak widzisz rolę grupy Anonimowych Alkoholików?

Współpracujemy z dwoma grupami AA, spotkania odbywają się 3 razy w tygodniu. Udział w spotkaniach nie jest obowiązkowy, ale my motywujemy skazanych, żeby spróbowali, sprawdzili, zanim powiedzą „nie, to nie dla mnie”. Dla tych, którzy z tej możliwości skorzystają jest to świetne dopełnienie terapii. Niektórzy skazani w ramach przepustek chodzą na spotkania grup AA poza mury więzienia. Mamy też mitingi otwarte, w których uczestniczą rodziny osadzonych. Na takich spotkaniach rozmawiamy również z bliskimi skazanych, zachęcamy do szukania wsparcia dla siebie, bo rozumienie mechanizmów choroby alkoholowej i współuzależnienia pomaga zarówno uzależnionym, jak i ich bliskim. Wychodzenie z jakiejkolwiek przewlekłej choroby, a taką jest alkoholizm, bez wsparcia rodziny jest możliwe, ale bardzo trudne.

Dodatkowo organizujemy spotkania z trzeźwiejącymi alkoholikami. To byli pacjenci naszego oddziału, którzy ukończyli terapię wiele lat temu i dziś przyjeżdżają dawać świadectwo przed pacjentami. Doskonale ich rozumieją, bo wiele lat temu byli w bardzo podobnej sytuacji życiowej.

Współpracujemy również z fundacją Pomost z Zabrza. Bardzo sobie cenię to co robią, ponieważ to jest profesjonalna pomoc osób, które same przez uzależnienie przechodziły. Szczególnie jest to ważne dla osadzonych, którzy są bezdomni albo musieliby wrócić do środowiska, gdzie większość pije. Ale jeśli mam dach nad głową, mieszkam z osobą, która mnie rozumie, a nie stygmatyzuje, to jest to ogromne wsparcie, szczególnie w pierwszym roku trzeźwienia.

- Na czym polega praca terapeutów, psychologów w zespole?

Zespół terapeutyczny tworzą 4 osoby: kierownik oddziału i jednocześnie psycholog, ja i dwie terapeutki. Każda z nas pracuje innymi metodami, wymieniamy się między sobą zadaniami. To jest z korzyścią dla pacjentów, bo mogą z pracy każdej z nas czerpać to, co dla nich jest najbardziej pomocne. Trudności, jakie pojawiają się w pracy terapeutycznej omawiamy na spotkaniach między sobą, ale też korzystamy z pomocy profesjonalnego superwizora.

- Czym jest dla Ciebie sukces w tym zawodzie. Czy czujesz się czasami bezradna?

Nie, ja nie czuję się w pracy bezradna. Uważam, że każda zmiana, nawet najdrobniejsza, to już jest sukces. Tak właśnie patrzę na sukcesy. Zresztą dzieje się tak zarówno w pracy zawodowej, jak i życiu osobistym. Uważam, że do celu trzeba zmierzać małymi krokami. Chyba największą moją satysfakcją jest to, kiedy widzę zmianę w człowieku. Osadzeni piszą do nas listy, kartki, dzielą się swoimi sukcesami. To też dla nich jest ważne, szczególnie kiedy jeszcze na wolności nie mają sieci wsparcia.

Terapeuta jest przewodnikiem, daje narzędzia. Ludzie często mówią – resocjalizacji nie ma. Bo nie rozumieją, że każda zmiana jest trudna, zresztą - dla każdego z nas. Nawet pozornie drobne zmiany – pójście na siłownię, zmiana nawyków żywieniowych – nie udadzą się, jeśli nie będziemy tego naprawdę chcieli. A i tak często potrzeba jeszcze wsparcia trenera, dietetyka. Jestem przekonana, że resocjalizacja istnieje, tylko my nie rozumiemy, że to jest długotrwały proces, zmiana nie dzieje się za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

Terapia, podobnie jak i resocjalizacja, wymaga wielkiej siły i konsekwencji. To jak postawić człowieka pod wielką górą, dać mu grube buty trekkingowe i powiedzieć „wchodź”. Kiedy człowiek naprawdę tego chce, to jeśli się go poprowadzi, przeprowadzi przez różne trudne momenty, on tam wejdzie. A jeśli nie chce, bo nie chce tego wysiłku, który musi włożyć w to, żeby zdobyć szczyt, nie uda mu się i nie pomoże tu żaden, nawet najlepszy na świecie, sprzęt.

Kiedy dochodzę do ściany i widzę, że tędy z pacjentem nie pójdziemy, szukam innego punktu, miejsca, gdzie się zaczepimy o zmianę. Choć czasem trzeba się wycofać, bo nie zawsze jest na to czas i moment. Bywa, że ten czas przychodzi później.

- Wiesz o tym doskonale, bo sama chodzisz po górach. Czy ta pasja jakoś pomaga Ci w pracy zawodowej?

Na pewno moje doświadczenia w górach wykorzystuję w pracy z pacjentami. Każdy z nas boryka się z własnymi trudnościami, ograniczeniami. Nie jest trudno pomóc człowiekowi, który ma poukładane życie rodzinne, dosyć dużo sukcesów zawodowych i pracuje nad wybranym, pojedynczym problemem.

Ale pomaganie ludziom, którzy mają tak wiele trudności na niemal wszystkich płaszczyznach: społecznych, zawodowych, rodzinnych, zdrowotnych, osobowościowych, to jak szukanie małej kropli słodkiej wody w morzu słonej. To jest bardzo mozolne, potrafi być wypalające, trudno tu o gratyfikację. Co ja wtedy robię?

Przychodzi piątek. Pakuję do samochodu moje rzeczy, rower, skitury, albo sprzęt wspinaczkowy i wyjeżdżam w góry. Uprawiam dużo sportu, zresztą robię to też na co dzień. To mi pozwala rozładować emocje. Kiedy się porządnie spocę, porządnie zmęczę, wtedy czuję, że żyję. Czuję przypływ endorfin, jestem wypoczęta, resetuję się. Nie wyobrażam sobie życia bez sportu. Przychodzę w poniedziałek do pracy tak wypoczęta i radosna, jakbym dopiero rozpoczynała służbę. Nie przesadzam. W ogóle nie czuję się wypalona służbą, mimo, że pracuję od 14 lat. Czasem w przerwie pomiędzy pacjentami pijąc wodę, jedząc kanapkę, spoglądam na zdjęcie gór, myślę o tym, na jaką ścianę będę się wspinać za miesiąc. To mnie regeneruje i daje tak duży przypływ energii, że jestem gotowa przyjąć kolejnego człowieka z ciężkim bagażem doświadczeń. Przyjmuję go świeża, tak jak świeża przyjeżdżam z jednej wyprawy i po tygodniu odpoczynku jadę na następną.

- Czego uczą Cię góry?

Dystansu, cierpliwości, olbrzymiej pokory. Obojętnie, czy to jest Giewont czy siedmiotysięcznik, czy też najzimniejsza góra świata jak Denali na Alasce – góry uczą mnie podchodzenia z szacunkiem i zrozumieniem, że żeby zdobyć jakiś cel, jakiś szczyt – obojętnie czy to nasz cel życiowy, czy to jest cel pacjenta – to naprawdę trzeba dużo wysiłku, pracy, dystansu, wiedzy, doświadczenia. Góry uczą mnie też totalnej radości z życia, cieszenia się każdym dniem. Tego, czego alkoholicy muszą się nauczyć w HALT i programie 24 godziny (dziś jestem trzeźwy) , ja mam dzięki górom – dzisiaj żyję, dzisiaj się uśmiecham, dzisiaj się cieszę tym, co jest. Dla mnie istotą zrozumienia kogoś, kto ma pasję i chodzi po wysokich górach, choruje na nowotwór, jest alkoholikiem, wybiera pracę w więzieniu, pełną obciążeń i trudności - jest kwestia rozumienia tego, w jakich butach chodzi. Żeby zrozumieć drugiego człowieka, trzeba w te jego buty wejść. Zarówno kiedy się pomaga jako psycholog, jak i przewodzi ludziom po górach. Obserwowanie procesu dochodzenia do celu, niezależnie czy prowadzę terapię osadzonego czy idę z ludźmi na Mont Blanc, jest niesamowite. Obserwuję, jak człowiek zaczyna z wielką pasją i energią i nie udaje mu się celu osiągnąć, bo nie jest gotowy na taki wysiłek, a ten, który na początku nie wierzy w siebie, ale bardzo się stara – wchodzi na szczyt. Wiem, że wiele czynników składa się na to, żeby się udało. Ale obserwowanie tego procesu daje mi dużo spokoju, uczy nie oceniania innych, bycia z człowiekiem, który jest w kryzysie. Niezależnie czy prowadzisz terapię czy ludzi w góry, musisz być autorytetem. Sama też muszę pokonać swoje trudności, od fizycznych po emocjonalne. W górach i sukcesy i porażki są bardziej namacalne. Nie zawsze się da wejść na górę, czasem trzeba zrezygnować. To jak z burzą na Giewoncie. Dlatego rozumiem też moich pacjentów. Że są w takim miejscu na swojej górze, mają takie warunki pogodowe, że odpuszczamy i próbujemy następnym razem. Polecam góry, szczególnie ściany wspinaczkowe. To jest mozolna praca nad drobnymi chwytami, nad ciałem, nad wytrzymałością. Jeden błąd i zaczynasz od nowa. Ale ta walka sama w sobie to jest piękny proces. Ja nie muszę być mistrzem, ale robię swoje i pracuję nad sobą. Droga do celu jest dla mnie ważniejsza niż sam cel.

*kpt. Aleksandra Piotrowska - starszy psycholog oddziału terapeutycznego w Zakładzie Karnym w Jastrzębiu - Zdroju. Specjalista terapii uzależnień. Pasjonatka himalaizmu, alpinizmu i taternictwa. Chodzi po górach wysokich i uprawia wspinaczkę wysokogórską oraz jogę. Zajmuje się organizacją i prowadzeniem wypraw wysokogórskich, głównie na szczyty korony ziemi.

Rozmawiała: mjr Justyna Siedlecka

zdj.: Tomasz Nessing, archiwum prywatne A.Piotrowskiej

Generuj pdf
Znajdź nas również na
Serwis Służby Więziennej