12 września na całym świecie obchodzony jest Światowy Dzień Pierwszej Pomocy. W Służbie Więziennej każdy funkcjonariusz i pracownik odbywa szkolenie w tym zakresie. Nabyte umiejętności są potrzebne przy pracy często z trudnym człowiekiem, ale wielu więzienników bierze też udział w akcjach ratowniczych związanych z wypadkami drogowymi.Ppor. Marek Pikulski z Aresztu Śledczego w Grójcu opowiada o początkach ratownictwa medycznego, o ratowaniu ludzi i o tym, że trzeba i warto odświeżać wiedzę z udzielania pierwszej pomocy.

 

Jest pan funkcjonariuszem Służby Więziennej, konkretnie wychowawcą, pełni pan funkcję rzecznika prasowego dyrektora Aresztu Śledczego w Grójcu, ale jest pan też członkiem Ochotniczej Straży Pożarnej, ratownikiem medycznym, biegaczem.

Zgadza się, chociaż należy się tu słowo wyjaśnienia: nie jestem ratownikiem medycznym. Ustawa o Państwowym Ratownictwie Medycznym mówi o zawodzie ratownika medycznego, określa także funkcję po prostu ratownika. W tym akcie prawnym jest dokładnie napisane kto, kiedy i w jakich okolicznościach może zostać ratownikiem. Trzeba przejść odpowiednie szkolenie i złożyć egzamin państwowy przed komisją egzaminacyjną składającą się z lekarzy, anestezjologów, pielęgniarek systemu, ratowników medycznych, a przede wszystkim być członkiem Krajowego Systemu Ratowniczo-Gaśniczego (KSRG). No i ja jestem właśnie takim ratownikiem, strażakiem ochotnikiem w OSP, aktywnie działam w KSRG. Przez kilka lat działałem w warszawskiej Grupie Ratownictwa Polskiego Czerwonego Krzyża, gdzie zdobywałem doświadczenie typowo taktyczno-poszukiwawcze – odbyłem staż w Szpitalnym Oddziale Ratunkowym w jednym z warszawskich szpitali. To pozwoliło mi zdobyć wysoko profesjonalną wiedzę na poziomie ratownika. Na co dzień zawodowo jestem związany ze Służbą Więzienną, do której też poniekąd trafiłem przez ratownictwo. Kilka lat temu realizując projekty z zakresu ratownictwa spotykałem się z więziennikami. Pierwsze takie spotkanie miałem w 2013 r.

To znaczy, że w pana życiu najpierw było ratownictwo, a potem służba?

Tak, wiedzę na temat ratownictwa, które jest moją pasją rozwijam od ponad dziesięciu lat. Cały czas się dokształcam, bo ta wiedza jest zmienna. Mniej więcej co pięć lat pojawiają się nowe wytyczne Europejskiej Rady Resuscytacji czy zalecenia organizacji ratowniczych z całego świata. Tę wiedzę należy uzupełniać, i ja to robię. Odnawiam też uprawnienia nadane przez Ministra Edukacji Narodowej, ponieważ jestem instruktorem pierwszej pomocy. W wolnych chwilach szkolę mniejsze i większe grupy dzieci i dorosłych. Robię to, żeby dzielić się z innymi pasją i wiedzą, żeby trafiała ona do jak największej liczby osób, ale także po to, aby ćwiczyć swój warsztat.

No właśnie zastanawiałam się czy to ratownictwo to pana pasja czy może potrzeba związana z konkretnym wydarzeniem?

W 2010 r. zmieniały się wytyczne dotyczące resuscytacji krążeniowo-oddechowej, co wymagało przyswojenia nowej wiedzy. Wtedy stawiałem pierwsze kroki w ratownictwie i zajmowałem się różnymi projektami edukacyjnymi dla dzieci. Robiłem to wspólnie z Ministerstwem Zdrowia, z którym wówczas po raz pierwszy nawiązałem współpracę. Dla dzieci to była nauka przez zabawę z naciskiem na pierwszą pomoc. Sam zacząłem zgłębiać się w ten temat. To wiązało się z podjęciem wspólnych działań z wieloma ratownikami medycznymi i lekarzami, którzy jeździli w zespołach ratownictwa medycznego. Moja pasja coraz bardziej zaczęła iść w stronę profesjonalną. Studiując w Wyższej Szkole Policji moim wykładowcą był mój mentor w tamtym czasie pan Adam Płaczek, mistrz świata w ratownictwie medycznym z 2008 r. Spotykanie z niezwykle charyzmatycznymi osobami, kompetentnymi w swoim zawodzie spowodowało jeszcze większe moje zaangażowanie w tę pasję, co szczęśliwie trwa do dzisiaj. Cały czas mam też kontakt ze środowiskiem ratowniczym. Swoim doświadczeniem i wiedzą mogę się dzielić zarówno w służbie, ale też po niej współpracując z Ochotniczą Strażą Pożarną.

Wspomniał pan o tym, że wytyczne dotyczące resuscytacji oddechowo-krążeniowej często się zmieniają. Dlaczego?

Sposób podejścia do ratownictwa cały czas ewaluuje. Jeszcze kilka lat temu sam algorytm prowadzenia uciśnięć klatki piersiowej przy nagłym zatrzymaniu krążenia w stosunku do wdechów był różny. Dzisiaj podstawowym algorytmem jest 30 ucisków na dwa wdechy. Nie wszyscy ludzie o tym pamiętają. Niektórym się wydaje, że jeśli przeszli jakiś kurs pierwszej pomocy, bo np. byli w wojsku albo przy okazji zdawania prawa jazdy 30 lat temu. Niestety tę wiedzę trzeba odświeżać, inaczej stanie się ona jałowa i niewystarczająca do skutecznego prowadzenia działań. Specjaliści z całej Europy przez pięć lat analizują różne przypadki związane z nagłym zatrzymaniem krążenia. Analizują również najbardziej skuteczne czynności podejmowane w podtrzymywaniu ludzkiego życia do czasu przewiezienia danej osoby do szpitala, gdzie jest kontynuowana akcja resuscytacyjna. Obecnie nie wszyscy mają świadomość, że tym podstawowym algorytmem pośredniego masażu serca jest 30 uciśnięć na dwa oddechy. Kiedyś tych wskazówek było bardzo dużo. Po latach badań okazuje się, że nie do końca były skuteczne. Idąc z duchem postępu i osiągnięć, nowoczesnego sprzętu i technologii ratownictwo na całym świecie zmieniło się.

Początki medycyny ratunkowej sięgają wojen napoleońskich. W związku z dużą liczbą poległych na polu walki oraz brakiem sił i środków zaczęto się zastanawiać, czy nie można w jakiś sposób ratować im życia, np. przez udrożnienie dróg oddechowych. W XVIII w. wyglądało to tak, że osobie poszkodowanej trzeba było wyciągnąć język na wierzch. Ale przecież nikt nie trzymał języka drugiemu człowiekowi, trzeba go było jakoś zabezpieczyć. Niektóre źródła podają, że aby ten język nie opadł na tylną ścianę gardła, przyczepiano go do brody lub do dziąsła, np. szpilką.

Bardzo brutalna metoda.

Dziś wiemy, że udrożnienie dróg oddechowych można uzyskać przez ułożenie ciała w pozycji tzw. bocznej ustalonej czy bezpiecznej. To jest tak samo skuteczna metoda jak przypięcie tego nieszczęsnego języka brutalnie do skóry, żeby nie opadał z powrotem.

Czyli po to są te wytyczne?

Zmiany powinny nastąpić również w tym roku, niestety ograniczenia epidemiczne spowodowały, że prawdopodobnie Europejska Rada Resuscytacji (ERC) kolejne zalecenia wyda z opóźnieniem. Nie spodziewamy się dużych zmian na poziomie zaleceń dla pierwszej pomocy. Obecnie obowiązujące wytyczne z 2015 r. kładą ogromny nacisk na wysoką jakość uciśnięć klatki piersiowej. Została ona dokładnie opisana, co zrobić i jak, żeby osiągnąć najwyższy poziom. To ma bezpośredni związek z przeżywalnością osób, znajdujących się w stanie zagrożenia zdrowia i życia czy nagłym zatrzymaniu krążenia.

Ostatnio w praktyce wykorzystał pan swoje umiejętności i wiedzę, biorąc udział w ratowaniu ofiar wypadku drogowego. Czy u pana to już odruch?

W takich sytuacjach działam spontanicznie. W tym konkretnym przypadku miałem ten komfort, że byłem z moim bratem, funkcjonariuszem Straży Granicznej, który w tego typu zdarzeniach reaguje podobnie do mnie.

Brat też jest ratownikiem?

Nie, ale jako funkcjonariusz odbywa szkolenia z pierwszej pomocy, robi to także prywatnie we własnym zakresie. Przejeżdżając obok wypadku nawet przez chwilę się nie zastanawialiśmy nad tym, czy się zatrzymać. Sytuacja była o tyle utrudniona, że musieliśmy najpierw zapewnić bezpieczeństwo naszym dzieciom, które wtedy jechały z nami w aucie. Bardzo szybko udało nam się przystąpić do konkretnych działań pomocowych. Z perspektywy kilku tygodni w całej tej historii najważniejszy wniosek, jaki mi się nasuwa to, że najbardziej liczył się czas, momentami liczony niemal w sekundach. To w swoich zaleceniach podkreśla ERC. Okoliczności zdarzenia były niejasne. Mechanizm urazu, któremu uległa osoba najbardziej poszkodowana w tym wypadku – dziś wiem, że największym jej obrażeniem był uszkodzony szyjny odcinek kręgosłupa – był skomplikowany. Osoba ta znajdowała się położeniu i w miejscu uniemożliwiającym samodzielne oddychanie. W tym wszystkim najważniejsze było jak najszybsze podjęcie decyzji o tym, co robić, nie bać się konsekwencji podejmowanych działań i nie słuchać tego, co mówią zebrani wokół ludzie. Momentalnie nad naszymi głowami rozległy się głosy: „proszę go nie ruszać, bo ma połamany kręgosłup”. Ludzie nie do końca zdają sobie sprawę z powagi zagrożenia albo boją się reagować, bo czegoś nie wiedzą. My z bratem mając świadomość następstw niedrożności dróg oddechowych, byliśmy zmuszeni wymyśleć jakąś metodę, żeby udrożnić poszkodowanego. Ten człowiek nie oddychał, wydobywał z siebie pojedyncze oddechy, patologiczne westchnienia, przygotowujące na kolejny najgorszy proces, czyli prowadzenie resuscytacji krążeniowo-oddechowej, na który byliśmy gotowi. Szczęśliwie przy pomocy jeden osoby, pielęgniarki, która odważyła się nam pomóc udało się ułożyć poszkodowanego w pozycji umożliwiającej mu samodzielne oddychanie. Ten moment był dla nas wręcz cudowny. Do czasu przyjazdu kolejnych służb ten człowiek pozostawał na własnym oddechu. Był przygotowany do szybkiej ewakuacji i dalszych badań prowadzonych przez zespół ratownictwa medycznego.

Co było sukcesem tej akcji?

Z pewnością szybka reakcja i wykorzystanie osób, które mogły w jakiś sposób nam pomóc, np. opiekując się uczestnikami mniej poszkodowanymi w wypadku. W wielu przypadkach pod wpływem adrenaliny nie mają świadomości, że mogło u nich dojść do złamania kości. W zdarzeniu, o którym mówimy było pięć czy sześć osób poszkodowanych i każda z nich była odpowiednio zaopiekowana.

Cieszę się, że o tej historii się mówi, bo dzięki temu dowiadujemy się, że warto pomagać, że sekundy zaważyły na tym, że ofiara wypadku przeżyła i że pogotowie mogło kontynuować to, co my zaczęliśmy. Jeśli my, świadkowie zdarzenia nie będziemy podejmowali działań, to choćby przyjechało pięć karetek i kilka śmigłowców ratunkowych, to po trzech minutach braku oddechu nie ma za bardzo szans na uratowanie człowieka. Dlatego tak ważny jest element edukacji i odświeżania wiedzy ratowniczej z pierwszej pomocy.

Często się panu zdarza brać udział w tego typu akcjach?

Jako osoba prywatna zastanawiam się czy ja, jako ratownik szukam takich sytuacji czy one mnie znajdują? A może zwracam większą uwagę na otaczający świat w tym kontekście. Jak sięgnę pamięcią, co chwilę zdarza mi się komuś pomagać, np. osobie z epilepsją, która leżała na chodniku przy ul. Rakowieckiej w Warszawie czy dziewczynie, która wyszła z metra i mdlejąc uderzyła głową chodnik albo innej, która jadąc na hulajnodze zahaczyła o kosz na śmieci i się przewróciła rozcinając szczękę aparatem ortodontycznym. Te i kilka podobnych sytuacji wydarzyło się na przestrzeni dwóch lat.

I w takich zdarzeniach pan się nie zastanawia?

Nie, zastanawiające jest to, że to się dzieje przy ruchliwej ulicy, a obok przechodzi mnóstwo osób całkowicie obojętnie. Wiem, spieszą się i nie widzą. Pewnie myślą: może ktoś inny pomoże. Tak nie można. Zawsze trzeba się zatrzymać i zapytać: czy mogę w czymś pomóc? To pytanie można zadać również ratownikom, którzy przyjeżdżają w zespole tzw. podstawowym, bo zwykle są to tylko dwie osoby, a mają do wykonania wiele czynności. Na wszelkiego rodzaju szkoleniach wychodzi, że jeśli podejmiemy jakiekolwiek działania one będą dobre i skuteczne. Jeśli mamy osobę znajdującą się w stanie nagłego zagrożenia zdrowia i życia i nic nie zrobimy, to ta osoba prawdopodobnie umrze. Zaszkodzić osobie, która już nie oddycha bardziej nie możemy. A jeżeli ktoś naprawdę ma wątpliwości co do swoich umiejętności, może zadzwonić pod numer 999 lub alarmowy 112. Rolą dyspozytora medycznego jest pokierowanie naszym działaniem w taki sposób, żeby było ono w danej chwili najbardziej pożyteczne dla poszkodowanego. Dlatego jedynym wytłumaczeniem nie może być dziś brak wiedzy z zakresu udzielania pierwszej pomocy, zwłaszcza, że w dzisiejszych czasach mamy z nią kontakt na każdym etapie edukacji i potem w pracy, bo każdy pracodawca ma obowiązek przeprowadzać takie szkolenie. Tę wiedzę trzeba odnawiać. Prezes Polskiego Towarzystwa Resuscytacji (PRC) z Krakowa prof. Janusz Anders powtarza, że wiedza ratownicza nieutrwalana i niewykorzystywana w ciągu sześciu miesięcy staje się nieskuteczna. Wystarczy raz w roku ją odświeżyć, zrobić szkolenie nawet dla samego siebie, bo różne przypadki również nam się zdarzają. Im większą nasza świadomość, tym bezpieczniej będziemy się czuć.

Zespół Prasowy CZSW

Generuj pdf
Znajdź nas również na
Serwis Służby Więziennej