Przekraczając mur polskiego więzienia, skazany trafia do swego rodzaju systemu kar i nagród albo, inaczej mówiąc, wzmocnień negatywnych i pozytywnych. Kodeks karny wykonawczy i wydane na jego podstawie rozporządzenia są przesiąknięte pedagogiką, i gdy spojrzeć szerzej, widać, że w skali globalnej jest to system, który działa.

Jacek Olchawski:

W roku 2002, ucząc się jako młody funkcjonariusz w szkole oficerskiej, bywałem na wykładach pewnego doktoranta, który zamiast mówić, jak inni wykładowcy, o podkulturze więziennej, przemocy, „pikantnych historiach z celi”, mówił o pedagogice, wychowaniu, modelowaniu, uczeniu się przez nagradzanie, o relacji ze skazanym. Inni funkcjonariusze obecni na szkoleniu nie rozumieli go, był uznany za dziwaka. Po latach widzę, że to on miał rację.

Stereotyp resocjalizacji w zakładzie karnym jest taki: „To nie działa, więzienie demoralizuje”, tak myśli się dlatego, że część skazanych wraca do więzienia jako recydywiści; media co i rusz pokazują, że ktoś wyszedł z więzienia i znów popełnił przestępstwo. Dla więzienników jest to obraz krzywdzący, bo jeden spektakularny skandal przesłania całe codzienne dobro, które udaje się tworzyć w penitencjarystyce.

Działanie resocjalizacji widać nie na zewnątrz, ale od wewnątrz. Szczególne wrażenie robi wizyta w tzw. oddziałach zewnętrznych. Tak zwane „OZ-ety” to miejsca, gdzie odbywają karę skazani, którzy swoim zachowaniem pokazali, że można im zaufać i przenieść do mniejszego rygoru, czyli mniejszej liczby zabezpieczeń, pracowników ochrony, ograniczeń, kontroli itp.

Proszę sobie wyobrazić: budynek, w nim 150-200 recydywistów, naprawdę poważnych przestępców, z którymi ich zewnętrzne otoczenie – rodziny, sąsiedzi, gmina – kompletnie sobie nie radziło. Ten tłum mężczyzn rano grzecznie wstaje, je śniadanie, rozchodzi się do różnych zajęć, potem wraca na obiad, staje do przeliczenia, po obiedzie spędza czas na różnych aktywnościach aż do wieczora, a potem idzie na apel i układa się do snu. Zamiast krat do celi prowadzą zwykłe drzwi, zamiast muru jest siatka ogrodzeniowa (którą dziecko może przeskoczyć). Ilu pracowników ochrony pilnuje tego miejsca? Pięciu. Nikt nie ucieka, nikt na nikogo nie napada, pracownicy ochrony nie mają broni. Tak tam jest.

Czemu ci recydywiści nie uciekają? Ponieważ mają w głowie „system”, wiedzą, jakich zachowań się od nich oczekuje, wiedzą, jakie konsekwencje poniosą w wypadku złamania zasad, wiedzą, jakie korzyści mogą odnieść, jeżeli ich zachowanie będzie konstruktywne. To oni decydują o swoim losie.

Przekraczając mur polskiego więzienia, skazany trafia do swego rodzaju systemu kar i nagród albo, inaczej mówiąc, wzmocnień negatywnych i pozytywnych. Kodeks karny wykonawczy i wydane na jego podstawie rozporządzenia są przesiąknięte pedagogiką i gdy spojrzeć szerzej, widać, że w skali globalnej jest to system, który działa. Wielu ludzi z ulicy, pozyskujących informacje na temat tego,
co się dzieje po drugiej stronie muru z mediów, źle wyraża się o resocjalizacji. Mam poczucie, że są oszukani, ponieważ media, walcząc o oglądalność, poszukują sensacji, są zainteresowane krwistymi aspektami więzień, co generalizuje potem obraz całościowy.
Pacjent

Polska resocjalizacja ma trzy systemy oddziaływań na skazanego – system zwykły, programowanego oddziaływania i terapeutyczny, który nas interesuje.

Kim jest skazany uzależniony, skierowany do systemu terapeutycznego?
Jest to najczęściej osoba:

• skazana za przestępstwo, za które z reguły odbywa karę powyżej dwóch lat pozbawienia wolności,

• zawsze dostępna; nie zapije i nie zaćpa w sensie definitywnego wypadnięcia z terapii,

• ma dużo czasu na przemyślenia; nie musi robić zakupów ani czekać w kolejce do lekarza, nie dojeżdża pociągiem do pracy ani nie stoi samochodem w korku, nie musi mieć pieniędzy, nie jest obciążona chodzeniem na wywiadówki czy robieniem dzieciom obiadów (można to sobie tak wyobrazić – wychodzi z celi i ma terapię),

• może się zająć wyłącznie sobą, swoim życiem (osoby, które płacą za terapię, dojeżdżają na sesję daleko od domu, mogą sobie wyobrazić ten komfort),

• która nigdy nie jest sama; mieszka w celi z reguły z dwoma, trzema osobami w tej samej sytuacji terapeutycznej; jest zatem stały czynnik społeczny – nie można się ukryć ze swoim uzależnieniem lub nałogami zastępczymi, zawsze jest z kim porozmawiać.

Suche fakty

W Polsce funkcjonuje 48 oddziałów terapii uzależnień, z czego 33 dla uzależnionych od alkoholu (1187 miejsc), a 15 od środków odurzających lub substancji psychotropowych (521 miejsc); łącznie w 2015 roku przez nasze oddziały przeszły 1003 osoby uzależnione od narkotyków i 5729 osób uzależnionych od alkoholu. Liczba ta znacznie się zwiększy od 2017 roku w związku z otwarciem nowych oddziałów. Terapia „alkoholowa” trwa 3 miesiące, „narkotykowa” 6 miesięcy, ale obie można, w zależności od indywidualnej oceny, skrócić lub wydłużyć o 1/3 czasu jej trwania.

Terapię można skrócić do miesiąca osobom niechętnym. Terapię prowadzą pracownicy działu terapeutycznego zorganizowanego w zespół terapeutyczny, który zwykle składa się z kierownika, psychologów, terapeutów, czasem wychowawcy. Są to osoby z certyfikatami specjalisty terapii uzależnień lub w trakcie procesu jego zdobywania. Praca każdego z tych 48 oddziałów nie jest pakietem przypadkowych działań z półki „wydaje mi się”, ale jest oparta na zatwierdzonym przez organ nadrzędny, czyli Biuro Penitencjarne Centralnego Zarządu Służby Więziennej, programie terapii, który obejmuje m.in.: model teoretyczny, cele, treści, metody, godziny itp. Większość oddziałów bazuje na integratywnej terapii uzależnień, ale jest to środowisko pluralistyczne, więc jeżeli ktoś kształcił się w innym nurcie, znajdzie tu miejsce dla siebie.

Praca na oddziale terapii uzależnień metodycznie nie odbiega od pracy w placówkach wolnościowych; pracownicy spotykają się na zebraniach zespołu, gdzie podejmowane są wszystkie decyzje, omawia się pacjentów i grupy, prowadzona jest dokumentacja indywidualna i pracy grupowej, harmonogramy zajęć, książka przyjętych i wypisanych z oddziału, podlega się superwizji.

W ciągu dnia pacjent zazwyczaj uczestniczy w wykładzie i ma grupę terapeutyczną; raz lub dwa razy w tygodniu terapię indywidualną i mityng.

Polacy często patrzą z zazdrością na osiągnięcia innych narodów w różnych dziedzinach: a to w piłce nożnej, a to w produkcji samochodów, systemie opieki socjalnej… Niejednokrotnie myślimy, że nie mamy się czym pochwalić. Specjaliści z państw ościennych widzą to inaczej. Jeżeli chodzi o terapię uzależnień w izolacji, to właśnie na nas wzorują się m.in. nasi wschodni sąsiedzi. W 2014 roku na bazie polskiego i norweskiego modelu powstał system terapii więziennej na Łotwie.

Mleko się wylało

Zastanawiając się, jak przystępnie opisać terapię więzienną, pomyślałem, że warto ją przedstawić oczami naszych podopiecznych. Skazani, trafiając do więzienia, raczej niechętnie mówią o swoim piciu czy ćpaniu, stawia ich to, według nich, w niekorzystnej sytuacji, a ich stadium zmiany – czyli najczęściej prekontemplacja – nie motywuje ich do zajęcia się problemem, bo problemu w ich głowie nie ma.

Zatem początek sprawy to „wylanie się mleka” – czyli ujawnienie faktu uzależnienia; albo ktoś dostaje delirium w pierwszych dniach zatrzymania, albo w aktach sprawy sądowej znajdują się stosowne informacje (bo przestępstwo było związane z alkoholem – jazda pojazdem po spożyciu alkoholu, bycie pod jego wpływem podczas kradzieży, rozboju), albo kurator przyśle informacje, z których jednoznacznie wynika, że osoba jest chora, albo wreszcie los znajdzie inną drogę, żeby chorego skonfrontować ze sobą.

Ten wstępny okres około dwóch tygodni jest czasem na pracę psychologa, którego zadaniem jest wskazanie osoby uzależnionej i poprzez edukację o chorobie, pokazanie jej strat i zysków wynikających z picia, zrozumienie i przepracowanie oporu – zmotywowanie chorego do terapii.
Trzeba się leczyć

Skazani uzależnieni nie są w zakładzie karnym pozostawieni w komforcie braku zmiany, ale muszą się jakoś odnieść do swojego uzależnienia, ponieważ prawo nie przewiduje sytuacji nieleczenia osoby uzależnionej. Zatem po ujawnieniu faktu nadużywania alkoholu administracja jednostki penitencjarnej zbiera informacje i prowadzi diagnostykę psychologiczną i psychiatryczną, aby ocenić skalę problemu; i jeżeli okaże się, że skazany jednak jest uzależniony, proponuje mu się leczenie i przedstawia ofertę w tym zakresie. Jeżeli odmówi – terapię wymusza się decyzją sądu. Gdy już wiadomo, że skazany jest uzależniony, gdy potwierdzono to rzetelną diagnozą psychologa i psychiatry, skazany zgodził się lub sąd nakazał mu leczenie – następuje moment zetknięcia skazanego z tzw. komisją penitencjarną (decyzje wobec więźniów podejmuje się komisyjnie – nie jednoosobowo), która raz jeszcze wyjaśnia mu, jaka jest jego sytuacja i podejmowana jest przy nim decyzja o skierowaniu na leczenie.

Czekanie

Od decyzji komisji do momentu trafienia do oddziału terapeutycznego mija od 6 miesięcy do 1,5 roku. Tak, w więzieniu czeka się na terapię, to takie czekanie w czekaniu. Ma to swoje plusy i minusy, i jest spowodowane większą liczbą chętnych – w porównaniu z naszymi możliwościami. Ponieważ służba więzienna jest narażona na ciągłe zmaganie się z oporem, więc zaplanowano ten czas tak, żeby uzyskać jak najwięcej korzyści, a zminimalizować straty. To ma być więc okres, kiedy skazany w kontakcie z psychologiem ma pogłębić wiedzę o tym, czym jest terapia, o co w niej chodzi, dlaczego warto z niej skorzystać, co się stanie, jeśli skazany nie zechce z niej skorzystać. Słowem skazany ma poczuć się zmotywowany – „ja naprawdę potrzebuję leczenia, to dla mnie korzyść” – czyli przejść z postawy ego syntonicznej do ego dystonicznej.

Transport do innego świata

Kiedyś na zajęciach tzw. społeczności rozwiązywaliśmy – z całym oddziałem – krzyżówki. W jednej z nich było pytanie: „Publiczny środek transportu drogowego w Polsce”. Jakież było nasze zaskoczenie, kiedy zamiast słowa „autobus”, usłyszeliśmy jednogłośną spontaniczną odpowiedź skazanych: „kabaryna!” – takie określenie nosi „więźniarka”, samochód do transportu skazanych. Zatem, gdy nadejdzie czas leczenia, skazany przyjeżdża do zakładu karnego, gdzie wyznaczono mu terapię, właśnie kabaryną.

Wejście na oddział terapeutyczny dziwi skazanych. Niby nadal są w więzieniu, ale po przekroczeniu progu oddziału jest jakoś inaczej. Skazani nie chodzą ubrani jak w normalnym oddziale, są we własnej odzieży, po oddziale porusza się stosunkowo dużo personelu, który czasem się uśmiecha, cele są otwarte (byli w zamkniętych)… Ale ciekawie robi się dopiero na pierwszej grupie zajęciowej. Skazani widzą nas, funkcjonariuszy, po drugiej stronie barykady, a siebie i swoich kolegów po ich stronie – w ich głowie trwa wojna. My i oni. Pacjenci wchodzą więc na salę, prężą mięśnie, mają surowe miny, która wyrażają coś w stylu: „I tak mnie nie złamiesz”. Albo: „Co ci idioci wymyślili – siedzenie w kółku!”.

Przedstawiamy się. I taki nowy mówi, że on nie pije, może trochę, ale nie ma problemu, nie wie, dlaczego kazali mu tu przyjechać, i jeszcze spojrzy konfrontacyjnie na terapeutę, a pojednawczo na innych kolegów w grupie, od których oczywiście spodziewa się wsparcia. Jakież jest jego zdziwienie, kiedy czasem (przy dobrych wiatrach) grupa, która już pracuje kolejny miesiąc, mówi mu delikatnie (bo tu trzeba to robić z wyczuciem) coś w stylu: „Przestań pajacować, też tacy byliśmy, też szliśmy w zaparte; to, co teraz robisz, nie ma sensu, siedź, słuchaj, korzystaj, jesteś chory, druga taka szansa może ci się nie trafić”.
Dla skazanych oddział terapeutyczny to dziwne miejsce, bo nikt z nimi tu nie walczy (pomimo konsekwencji i stawiania granic), patrzy się na ich historie z zaciekawieniem i raczej ze współczuciem, zamiast oskarżająco i słucha się tego, co mają do powiedzenia.

Treści i metody terapii

Jak wspomniałem, pracujemy głównie w nurcie integracyjnym, z otwarciem na inność. Terapia w więzieniu to – etap terapii wstępnej (zbudować motywację) i intensywnej (nauczyć ograniczyć picie), a więc praca nad tożsamością, destrukcją, rozpoznawaniem głodu, mechanizmami – standard. Ważkie tematy wykładów, prac, warsztatów to wpływ nałogowego przyjmowania środków psychoaktywnych na życie (zdrowie, rodzinę, wartości, pracę, przekonania), stres, kontrola i regulacja uczuć, radzenie sobie ze stratami, treningi umiejętności (asertywne odmawianie), komunikacja, myśli i przekonania. Im bliżej końca terapii, tym bardziej zajmujemy się planowaniem i trzeźwością. Wachlarz metod zależy od personelu i jego preferencji, od standardowego wykładu, prezentacji, omówienia jakiegoś materiału audiowideo, poprzez ćwiczenia w podgrupach, ćwiczenia autorefleksyjne z samym sobą, kwestionariusze, treningi autogenne. Bardzo ważnym punktem terapii jest nawiązanie i podtrzymanie przez pacjentów współpracy z AA-owcami. Równolegle do terapii część chętnych pacjentów rozpoczyna Program 12 Kroków AA. Są oddziały, gdzie do terapii wprowadza się rodzinę.

Kończenie terapii

Terapia musi się zakończyć. Część osób, które się zaangażowały i otworzyły, mówi: „Mało! Panie psychologu – dopiero teraz udało mi się zatrybić! Otworzyłem się”.

Pacjenci po terapii wracają do swoich jednostek i są objęci oddziaływaniami postterapeutycznymi: praca z psychologiem, spotkania w grupie osób po terapii, mityngi AA, literatura, początkowa korespondencja z terapeutą, uczestnictwo w programach i warsztatach, które są w ofercie więziennictwa. Obecnie zaczęto większą wagę przykładać do okresu przygotowania do terapii (żeby początkowego okresu terapii nie tracić na opór) i do okresu po terapii (aby podtrzymać efekty i przejść na „autopilota”, tj. własną inicjatywę i poszukiwanie wsparcia i rozwoju).

Zakończę słowami jednego z uczestników grupy terapeutycznej: „Kiedy piłem, wydawało mi się, że robiłem to, co chcę i mam, co chcę – teraz widzę, że robiłem nie to, co chcę, i wszystko straciłem. Będąc na terapii, wydawało mi się, że każą mi coś, czego nie chcę i że nic mi to nie da. A okazało się, że właśnie tego chciałem i terapia dała mi tak wiele”.

http://www.swiatproblemow.pl/terapia-za-murami/

 

Zespół Prasowy
Centralny Zarząd Służby Więziennej

Znajdź nas również na

Serwis Służby Więziennej